Skończony projekt okazał się wart więcej niż dziesięć narzędzi, które tylko przetestowałem.
Myślałem, że za chwilę wszystko zrobi automat
Mój pierwszy kontakt z AI wyglądał imponująco: kilka sekund i gotowa strona tekstu. Potem ją przeczytałem i zauważyłem, że pasuje właściwie do każdej firmy. Mimo to obawiałem się, że technologia rozwija się za szybko i nie zdążę nauczyć się niczego, co będzie jeszcze potrzebne.
Pracowałem zmianowo i nie chciałem kolejnego kursu, który odłożę po drugim wieczorze. Byłem sceptyczny wobec pomysłu uczenia się pisania z narzędziem, które przecież już pisze. Zdecydowałem się sprawdzić przede wszystkim etap redakcji i pracę z briefem, bo właśnie tam moje samodzielne próby się rozsypywały.
Przełomem było skreślanie, a nie generowanie
Wybrałem ćwiczenie dotyczące prostej usługi, której odbiorców potrafiłem sobie wyobrazić. Przy pierwszym szkicu podkreśliłem wszystkie ogólniki. Zostało niewiele. Dopiero wtedy zrozumiałem, że moja rola nie kończy się na napisaniu polecenia: muszę rozpoznać, czego klient naprawdę potrzebuje i co wolno powiedzieć o ofercie.
Dobrze działał na mnie podział na pięć modułów. Wiedziałem, po co ćwiczę nagłówki i dlaczego później wracam do weryfikacji. Zacząłem zapisywać powody zmian. Zamiast „ta wersja bardziej mi się podoba” potrafiłem powiedzieć, że nowy nagłówek jest konkretniejszy albo odpowiada na właściwe pytanie odbiorcy.
Moje zastrzeżenia do kursu
Początek oceniam jako dość spokojny. Chciałem szybciej przejść do trudniejszych przykładów, a podstawowe zasady częściowo już znałem. Z perspektywy czasu widzę ich sens, ale osobie, która dużo wcześniej ćwiczyła z AI, pierwsze zadania mogą wydać się mało wymagające.
Najtrudniejsza była samodyscyplina. Własne tempo brzmi świetnie, dopóki trzy razy nie przesunie się ćwiczenia na jutro. Brakowało mi też większej liczby wariantów tego samego briefu do porównania. Musiałem wypracować własny rytm i sam dopisywać alternatywy, żeby zobaczyć więcej niż jedną możliwą drogę.
Ukończone prace zamiast kolejnego folderu z notatkami
Po kursie miałem przygotowaną stronę oferty, serię krótkich e-maili i poprawioną wersję opisu produktu. Do portfolio wybrałem najmocniejsze fragmenty i opisałem je jako ćwiczenia. Najbardziej użyteczne było pokazanie wersji przed redakcją i po niej — łatwo zobaczyć, jak podejmowałem decyzje.
Czy wszystko poszło szybko? Narzędzie pracowało szybko, ja uczyłem się stopniowo. Nie mam historii o natychmiastowym sukcesie finansowym. Mam za to skończone projekty i proces, któremu ufam bardziej niż przypadkowemu poleceniu. Dla mnie właśnie to sprawiło, że warto było doprowadzić kurs do końca.
Skończony projekt okazał się wart więcej niż dziesięć narzędzi, które tylko przetestowałem.
